Afera o wina owocowe

Opublikowano przez dnia Sty 16, 2009 w Wina | 0 komentarzy

Nie napiszę dziś nic ani o polityce i politykach, bo to wielka granda, pic i fotomontaż. Trudno już ich słuchać, oglądać, czytać. Co najwyżej – można nagrywać. Zresztą, tematem miesiąca, ba – roku całego! – jest afera brukselska, którą niniejszym ujawniam jako pierwszy.

Wyobraźcie sobie Państwo, że niebawem na ulice polskich miast, wsi wyjdzie naród. Bo to, co wymyślił Parlament Europejski, na miły Bóg, spowoduje duże zamieszki. Parę tygodni temu przełknąłem gorzką pigułę w postaci unijnego zarządzenia, że można sprzedawać wódki z bananów, trzciny cukrowej czy nawet z drewna. Rozumiem też pomoc Brukseli w budowie autostrad; pojmuję dofinansowanie naszej kanalizacji; rozumiem – dopłaty do hektarów. Ale absolutnie nie mogę zgodzić się na unijny zakaz nazywania „winem” naszych wspaniałych win owocowych! Tanich, smacznych, regionalnych i wszędzie dostępnych win marki „Wino”. Tego cudownego produktu polskiego przemysłu owocowo-warzywnego.

Oto brukselscy technokraci wymyślili, że „wino” to tylko napój alkoholowy z… winogron. Skandal, granda i poróbstwo! Żegnaj słodka alpago, aromatyczny jabolu, miły podniebieniu buzunku, siaro nasza narodowa. Jak skończysz, „Arizono”? Cóż lać będziemy do gardeł, jeśli nie „Wino Sołtysa” albo „Kici-kici”, że nie wspomnę o winie „Byk”? Za komuny producenci uciekali się do „czekoladopodobnych” wyrobów, ale jak to brzmi: wyrób winopodobny „Tur” Toż to wstyd na całą słowiańszczyznę. A przecież tradycja spożywania win owocowych ma w Polsce ponad półwieczną tradycję. Zawsze, nawet za czasów największych kryzysów socjalizmu, na półkach polskich sklepów było to wino. A jakaż była gama smaków i bukietu? Od zwyczajnego jabcoka z jabłek, poprzez wina truskawkowe, wiśniowe, malinowe, porzeczkowe, agrestowe, renklodowe, czereśniowe, a nawet pigwowe. Kombajniści i traktorzyści PGR-ów, jako wyrafinowani smakosze, mogliby parę habilitacji na tym zrobić. Nawet ja, jako młody, obiecujący student filologii polskiej, po raz pierwszy przekonałem się, że nie ma brzydkich studentek, jest tylko za mało wina owocowego. A jakiż bukiet roznosił się, gdyśmy kombinowali w akademiku grzańca z kilku gatunków win, piwa niepasteryzowanego i śliwowicy? (jedynie miks renklody z porzeczką powodował rozstrój żołądka i chwilową utratę pamięci). A jabolek z połowy lat 70., rozlewany i kapslowany w butelkach do oranżady – 0,33 litra – zwany młodzieżowym bądź harcerskim? A „Dar Natury”, wzmocniony wódką „Bałtycką”, która potrafiła wypalić nawet dziurę w dywanie? A wino „Byk” rozpijane w szkole oficerów rezerwy? Cudownie było – jak mawiała inżynierowa Mamoniowa.

No i cena. Oto podłe sikacze francuskie, rozlewane (i chrzczone) w Polsce kosztują już nawet około 6 – 8 złotych. To równowartość dwóch, trzech flaszek „Kici-kici” lub „Arizony”.

O ile dotąd byłem bezkrytycznym, zatwardziałym zwolennikiem Polski w strukturach Unii, o tyle dziś miarka się przebrała. Niniejszym żądam od naszych posłów w Parlamencie Europejskim stanowczej interwencji. Niech żyją wina owocowe!
Marki wino, oczywiście.

Źródło: gazetapomorska.pl

Dodaj komentarz