Saperavi, czyli trupem do raju

Opublikowano przez dnia Maj 20, 2012 w Wina | 2 komentarze

Saperavi, czyli trupem do raju

Wszystkiemu winien pewien opatrznościowy traktorzysta. Przyniósł 5-litrowe butelczysko czarnego syropu, po którym wszyscyśmy krzyczeli w jakimś przedpotopowym wątku natchnieni prastarą myślą o (gruzińsko-polskiej tym razem) przyjaźni. Dopiero po przyjeździe do kraju dane mi było skontatować, że kupiłem hektar ziemi w Alaverdi, ojczyźnie rzeczy od której wzięło się słowo farba, bo właśnie to co w niej barwi to po gruzińsku saperawi. Z wyglądu jest czarne, pod słońce ciemnogranatowe, w Boże Narodzenie jeszcze słodkie, na Wielkanoc już jak dynamit co głazy rozsadza, głaza czyli oczy też, bo podnosi nie tylko ducha ale i ciśnienie, więc ostrożnie aby komu dekla potem nie ubrało.

Stwórca umieszczając Adamiani czyli człowieka w polodowcowej kotlinie rzeki Alazani, do której przez cały rok spoziera słońce przez jedyny południowo-wschodni górski przesmyk od strony Azerbejdżanu i suchych stepów Azji, wiedział że nasz trakt pokarmowy ma skłonność do zamulania. Stąd prosty wniosek że 500 gatunków winnych latorośli, którymi chlubi się Wschodnia Gruzja lub z angielska Kakheti, to dziedzictwo biblijnego raju w którym powstał eliksir zdrowia o prastarej nazwie gvino. Piszący te słowa, odkąd przyżyło się mu 50 lat cierpiał okrutne bóle w krzyżu, nie mógł spać, a w dodatku postękiwał przy nadgnieceniu śródstopia. Otóż po kąpieli w tutejszym Lourdes czyli lodowatej czeluści baptysterium św.Nino w Monastyrze Bodbe koło Sighnaghi i zawzięcie poszcząc o chlebie i winie, do życia żem został przywrócony cudem.

W końcu marca tęsknota zwyciężyła. Wsiadłem do swego 20 letniego Audi i siedem niezapomnianych dni mknąłem od Dukli przez Słowację, Węgry, Rumunię (Oradea, ClujNapoca, Turgu Mures, Brasov, Ploesti, Bukareszt, Giurgiu, Ruse), Bułgarię (Varna, Burgas, Małko Tarnovo), Turcję (Istanbuł, Ankara, Erzorum, Kars) aż po Akhaltsikhe do ukochanej też Gruzji. Jednym słowem trupem do raju, bo na tureckiej granicy urzędnik zażartował sobie że gdyby ów audi miał o rok więcej to już by nie wpuścili. Jechałem na samym LPG (Europa wraz z dwoma noclegami w Bułgarii tylko $200, natomiast 1500 km przez Turcję to aż $300 bez spania i na wikcie kupionym wcześniej w PoloMarkecie w bułgarskim Nessebar). Z energią zabrałem do remontu biura w Telavi, czyli tutejszym Zakopanem. I tak zakupiłem wołgę wypusk ‘67, oraz jeszcze od niej atrakcyjniejszą turystycznie beczkę banię, gdyż jak wieść niesie Polacy to optymiści i romantycy. Poczyniłem też prysznic i ludzką toaletę, jako że takowa należy tu do egzotyki. W końcu wywiesiłem przed domem biało-czerwoną flagę, aby należycie uczcić szaszłykami wespół z sąsiedzkim sojuzem Konstytucję 3 maja. Wokół praca wre, poniważ cała dzielnica ma stać się wkrótce turystyczną Mekką.

Wracając do saperawi. Wino to ktoś żywy. Lubi beczkę, najlepiej 25-litrową. Nikt przytomny w Gruzji butelkowanego pasteryzowanego po dobroci nie spożywa. Najlepiej zawitać do przygodnego obywatela co pamięta jak to było jeszcze za Stalina, popróbować zawartości zagłębionych przez zamierzchłe pokolenia w podziemiach amfor kwewri, wycałować od serca i pozdrawiając wszystkich antenatów przeszłych, przyszłych i niedoszłych wywalić kasę na największy pojemnik po ręką. Potem twoja beczuszka już czeka na spragnionych wędrowców, bo od starożytności sama woda choćby i z chromowanego kranu szkodzi. Sęk nie w tym aby była ona dębowa, czy odlotowo droga tekowa, ale raczej aby zawsze była pełna, bo inaczej będzie ocet. Stąd Kachetyńcom uszyto rozkoszny przydomek Histawi tzn. (mocni w pale) drewniane głowy.

Królowa carskich kurortów, marzenie wszystkich Rosjan, matka Gruzja Polakom też nie zaszkodzi. W Telavi co prawda rozgrzebane pół miasta, bo jak do sierpnia nie ukończą rewitalizacji starej dzielnicy to zlecą z posady jak partyjne szyszki oj zlecą się, ale kupić coś tu naprawdę warto. Po wsiach a jakże jest wiele opuszczonych domów które mogą pójść nawet za małe pieniądze. Nie ważne gdzie, i jaki to dom, ale od Dedoplistskaro po Lagodekhi, od Akhmeta aż po Gurdżaani nic lepszego na świecie niż własna winnica. Grunt to trochę odwagi na rejs do krainy Argonautów, a złoto połyskujący w kielichu płyn z własnej tłoczni będzie ci strudzony pielgrzymie spełnieniem marzeń, niechby nawet za szczęście wydać trzeba było $10000. Często znajomi Gruzini proszą właśnie o pomoc w sprzedaniu czy wynajęciu Polakom domu lub działki. Lubią nas, kulturowo pasujemy do siebie a znajomość rosyjskiego ułatwia pokonywanie bariery języka. Tędy wiedzie trasa po ropę do Baku, a internet, banki, urzędy nawet lepiej obsłużą niż u mnie w Podlaskiem. Stale kursują minibusy do stolicy, punkt wypadowy na graniczny Azerbejdżan lub Armenię, a zatem nieruchomości będą tylko nabierały tu na wartości.

Sam mógłbym odsprzedać pod budowę działki przed katedrą w Alaverdi lub choćby pośredniczyć odpowiedzialnym ludziom kompleksowo we wszystkich formalnościach (notariusz, tłumacz, radca prawny, transport, zakwaterowanie, wyżywienie itd.), ale potencjalny kupujący musiałby np. przez dwa tygodnie wykazać się iście nowojorskim stylem działania (wstawanie 6 rano, bieganie po administracjach, do upadłego wzbranianie się wobec propozycji pseudo gościnności które zwykle kończy się prowadzeniem w maliny) lub jeśli taka wola na wszystkim przepłacać. Dopiero przy sobocie machnąć ręką na koszty i raz w życiu dżipem w góry Tusheti 4.5 tys metrów albo do Kistyńców z Pankisi by patrzeć na lśniący Kaukaz do którego ongiś zazdrośni wszechwładni (nie ważne z Kremla czy Brukseli) przykuli poczciwego Prometeusza za obejście akcyzy na produkcję kropli nasercowych.

2 komentarze

  1. Czekam na więcej artykułów tego typu. Bardzo ciekawy i fajnie napisany.

  2. Wina z Saperavi są świetne, sam nieraz piłem i szczerze polecam! 😉

Dodaj odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *