Wina z dolnej półki

Opublikowano przez dnia Sty 16, 2009 w Wina | 1 komentarz

W grudniu ministrowie rolnictwa UE zdecydują, czy wino może być robione tylko z winogron, czy – jak chce m.in. Polska – z innych owoców. Czyżbyśmy chcieli podbić unijne półki?

Oba spory rozgrywają się na linii, która od wieków dzieli Europę na strefy odmiennych alkoholowych gustów i wpływów: wódczaną Północ i winne Południe. To jednak zbyt łatwe uogólnienie, ponieważ wino od wieków produkuje się także na Północy, wódkę – także na Południu. Sęk w tym, że z racji niekorzystnego klimatu, w północnej Europie królują wytwarzane na bazie innych niż winogrona owoców alkohole winopodobne, produkty winnic bywają zaś niezgodnie z zasadami sztuki dosładzane. Kraje Południa wytwarzają z kolei wódkę, nie, jak przystało, ze zbóż i ziemniaków, lecz z bardziej typowych dla ich klimatu produktów, takich jak odpady z winogron i banany. Dlatego po stronie wielowiekowej zbożowo-ziemniaczanej definicji wódki opowiadały się w Unii najmocniej Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Szwecja i Dania, przegrywając ostatecznie z mocną opozycją krajów winnych (Hiszpania, Portugalia, Włochy). A także z Wlk. Brytanią, w której wódkę robi się z odpadów po produkcji whisky i ginu.

A ponieważ wódczane kraje są jednocześnie największymi producentami w UE (ponad 70 proc. udziału w rynku, 83 proc. unijnego eksportu; Polska produkuje trzykrotnie więcej wódki niż druga w kolejności Szwecja), batalia o wódkę miała silne podłoże ekonomiczne. Natomiast toczący się obecnie na forum UE spór o tzw. “wino owocowe” ma raczej charakter symboliczny.

Menello Bianco

Tu uwaga. Nazwa „wino owocowe” prawdziwych znawców wina oburza. – Nie ma innego wina niż wino z moszczu winogron. Koniec kropka – twierdzi ekspert kulinarny Wojciech Nowicki. – Nie ma czegoś takiego jak wino owocowe. To pozostałości czasów ubiegłych, kiedy były pewne braki na rynku. A jak to ustawodawca zakreśli, to już jego sprawa.

– Wino jest cywilizacją, kulturą i ma swoje obostrzenie główne: pochodzi z krzewu winnej latorośli, Vitis vinifera – podkreśla aktor Marek Kondrat, znawca i sprzedawca wina.

Pozwólmy zatem zapisywać sobie to niefortunne określenie w cudzysłowie.

Za utrzymaniem nazywania winem także „wina wytwarzanego na bazie innych niż winogrona owoców” opowiedziała się już pod koniec listopada, głównie za sprawą głosów posłów z północnej Europy, Komisja Rolnictwa Parlamentu Europejskiego. Poprawkę zgłosili polscy eurodeputowani. Czesław Siekierski z PSL mówił: „Tradycja produkcji wina owocowego w Polsce sięga XIII wieku i jest mocno zakorzeniona w świadomości Polaków. Dlatego nie wyobrażam sobie, żeby produkcja została zakazana”.

Nie o zakaz produkcji jednak chodzi, ale o terminologię. Tradycja „wina owocowego” jest, owszem, mocno zakorzeniona w polskiej świadomości. Ale już sam trunek cieszy się raczej mało chlubną opinią, funkcjonując wśród grupy koneserów jako siara, bełt, jabol, ćmaga, winiacz, kwas, mamrotka, gałgan czy też wino patykiem pisane, wino marki wino.

Nazewnictwo poddane jest silnej regionalizacji. Powszechne na wschodzie Polski określenie „pryta” nie jest znane na północnym zachodzie, gdzie funkcjonuje między innymi termin “arizona” przejęty od najbardziej znanej w regionie marki. W latach 60. i 70. z racji zamieszczonej na etykiecie wielkiej litery „W” funkcjonowało określenie „podpis Gomułki”, a ze względu na cenę – „J-23” (kryptonim Hansa Klossa). Niektóre popularne ongiś nazwy, jak choćby znana z „Autobiografii” Perfectu „alpaga” albo „jabcok” przechodzą do lamusa zastępowane przez coraz bardziej wysublimowane i skomplikowane słowotwory, takie jak „gleborzut” czy „siarkokwas”.

Na etykietach dominują, niczym u klasycznych konkurentów, nazwy odwołujące się do gatunku „winnego” szczepu („Porzeczkowe”, „Leśny Owoc”) lub do rejonu produkcji („Bieszczady”, „Wino Brzeskie”, „Jabłuszko Sandomierskie”). Równie częste są nazwy o westernowym brzmieniu („Arizona”, „Kolorado”, „Bonanza”), budzące bohaterskie skojarzenia („Rambo”, „Komandos”), nawiązania do tradycji kultury („Bachus”, „Węgrzyn”, „Kniaź”). I cały kalendarz kobiecych imion przypisanych do zdjęć roznegliżowanych modelek z lat 80.

Nazwy w połączeniu z kiczowatą etykietą stanowią czasem niewyszukany folklor. „Czar Teściowej”, „Sen Sołtysa”, „Gaz do dechy”, „Kochanica Dziedzica”, „Rajskie” (z Adamem i Ewą na etykiecie), „Alpaga Bramowa”, „Czerwony Proletaryat” (z rysunkiem sierpa uśmiechającego się do maczugi i napisem „zwykły dobry tani”), imitujące pseudoklasyczną etykietą francuskiego bordeaux „Château de Patyk” i „Château de Jabol” z dopiskiem „dobre na kaca” lub łączące skromny graficzny ryt niczym z austriackiego rieslinga z włoskim brzmieniem „Menello Bianco”. Albo „Kosmos”: na wściekłym purpurowo-fioletowym tle z wizerunkiem planety Ziemi napis: „W pół godziny na orbicie”.

Źródło: Tygodnik Powszechny

Jeden komentarz

  1. Wino patykiem pisane odchodzi do lamusa. Co wcale nie znaczy,że nie ma jeszcze amatorów .

Dodaj komentarz